Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
KUP TERAZ
Współczesny dom to mury, kredyt i perfekcyjnie dobrane meble pod kolor zabudowy kuchennej. Dla naszych przodków dom był żywym organizmem, który miał własną duszę. I ta dusza miała swoje wymagania.
Gdy nocą skrzypiała podłoga, a kot wpatrywał się w pusty kąt, Słowianin nie myślał o przeciągach. Wiedział, że to On. Opiekun, sędzia i najstarszy członek rodu. Domownik.
To nie była bajka dla grzecznych dzieci. To była potężna istota, z którą trzeba było się liczyć każdego dnia. Bez jego zgody mleko kwaśniało, a chleb w piecu zamieniał się w kamień. Kim był ten tajemniczy strażnik i dlaczego nasi przodkowie składali ofiary pod fundamentami własnych chat?
W popkulturze skrzaty to wesołe ludziki w czerwonych czapkach. Zapomnij o tym obrazku. Prawdziwy słowiański Domownik (zwany też Domowikiem lub po prostu Domowym) to istota znacznie poważniejsza.
Według wierzeń naszych przodków nie był to przypadkowy demon, który przybłąkał się z lasu. Była to personifikacja ducha przodka – najczęściej założyciela rodu, który zbudował pierwszą chatę. Był pomostem między światem żywych a zmarłymi pokoleniami. To dlatego należał mu się szacunek jako seniorowi rodu.
Zazwyczaj pozostawał niewidzialny. Jeśli jednak decydował się ukazać, przybierał postać niewielkiego staruszka, gęsto porośniętego włosami, z długą siwą brodą. Co ciekawe – często przypominał z twarzy obecnego gospodarza domu, co tylko potwierdzało nierozerwalną więź między mieszkańcami a ich opiekunem.
Potrafił też zmieniać kształty. Czasem przemykał przez izbę jako kot, pies, wąż, a nawet kogut.
Domownik nie zajmował byle jakiego miejsca. Wybierał punkty strategiczne i graniczne:
Pod piecem lub w kominie – tam, gdzie biło gorące serce domu i gdzie przygotowywano posiłki.
Progi i drzwi – miejsca graniczne, oddzielające bezpieczne wnętrze od niebezpiecznego świata zewnętrznego.
Strych i piwnica – zakamarki, do których rzadko zaglądamy na co dzień.
Niekiedy Domowy zajmował również zabudowania gospodarcze, takie jak obora czy przydomowy spichlerz bądź magazyn na narzędzia.
Domowy był jak najbardziej zaliczany do grona biesów, czyli demonów. Nie oznacza to jednak, że był istotą złą tak jak licho. Wręcz przeciwnie: mógł być wielkim przyjacielem domu.
Relacja z Domownikiem przypominała kontrakt. Jeśli był dobrze traktowany, stawał się najlepszym pomocnikiem gospodarza. Dbał o to, by zwierzęta w oborze były zdrowe, ogień w piecu nie gasł, a domownikom wiodło się w interesach.
Pełnił też rolę domowej wyroczni i strażnika moralności. Słowianie wierzyli, że Domownik widzi przyszłość. Ostrzegał przed pożarem czy śmiercią poprzez stukanie w ściany, brzęk naczyń czy zsyłanie proroczych snów. Był też surowym wychowawcą – nie znosił kłótni, brudu i lenistwa. Jeśli w domu panowała niezgoda, Domownik dawał o sobie znać. Karcił domowników za kłótnie, złe zachowanie i zaniedbywanie czystości.
Aby Domownik sprzyjał rodzinie, trzeba go było karmić. Resztki z wieczerzy, miseczka mleka, chleb z solą czy odrobina kaszy – to były dary, które zostawiano w ustronnych miejscach (najczęściej za piecem).
Biada temu, kto obraził swojego opiekuna. Zlekceważony lub wygłodniały Domownik zmieniał się z dobrego dziadka w złośliwego biesa. Hałasował po nocach, straszył zwierzęta gospodarcze, plątał nici i psuł narzędzia, dopóty domownicy nie przypomnieli sobie o jego istnieniu.
Czy w takich sytuacjach nasi przodkowie starali się go wypędzić? Wręcz przeciwnie. Domowy w skrajnych przypadkach opuszczał dom sam z siebie. Dla Słowian było to równoznaczne z wyrokiem. Dom bez ducha opiekuńczego był skazany na nieszczęście.
Więź z Domownikiem była tak silna, że nie kończyła się wraz z wyprowadzką. Gdy rodzina budowała nową chatę, nie mogła zostawić swojego opiekuna w starych murach. Istniał specjalny rytuał „przenosin”.
Gospodarz uroczyście zapraszał ducha słowami: „Domowiku, chodź z nami!”. Jako środek transportu podstawiano mu... stary but, pantofel albo miotłę. Wierzono, że duch wejdzie do środka i w ten sposób bezpiecznie dotrze do nowego siedliska, by tam dalej strzec pomyślności rodu.
Wszak dom bez Domownika to dom martwy.
Dziś te wierzenia mogą brzmieć jak baśnie, ale archeologia dostarcza na nie twardych dowodów. W narożnikach fundamentów dawnych słowiańskich domostw badacze znajdują tak zwane ofiary zakładzinowe. Czaszki koni, naczynia pełne kaszy czy zdobione pisanki, zakopane głęboko pod ziemią, miały jeden cel: ułaskawić ducha miejsca i zapewnić trwałość budowli.
To milczący świadkowie czasów, gdy każdy dom miał swojego niewidzialnego lokatora, z którym lepiej było żyć w zgodzie. Wówczas miałeś pewność, że Twój dom będzie suto zaopatrzony i bezpieczny od nieszczęść.