KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Zimowe chłody w końcu ustępowały, a przyroda zaczynała budzić się do życia. Dla dawnych Słowian okres wiosennej równonocy (datowany na 24 marca) był czasem radosnego pożegnania z zimą.
Tego dnia obchodzono Komoedzicę. Było to niezwykle gwarne święto, podczas którego całkowicie porzucano pracę i codzienne obowiązki. Zamiast tego odwiedzano się nawzajem, śpiewano pieśni i organizowano huczne zabawy. A w centrum tych wiosennych wydarzeń stał nie kto inny jak sam władca lasu.
Komoedzica opierała się między innymi na kulcie przebudzenia niedźwiedzia. Słowianie wierzyli, że cykl życia natury jest ściśle powiązany z zachowaniem tego ogromnego zwierzęcia. Aby symbolicznie pomóc wiośnie nadejść, odprawiano w domach unikalny rytuał.
Po zakończeniu świątecznego posiłku wszyscy domownicy, od najmłodszych dzieci po najstarszych dziadków, kładli się na ławach, naśladując głęboki, zimowy sen. Po chwili, na dany znak, wszyscy nagle „budzili się”, głośno ziewając i przeciągając się szeroko.
Ten prosty, niemal teatralny gest miał być ludzkim odzwierciedleniem niedźwiedzia, który właśnie z trudem opuszcza swoją gawrę.
Święto to charakteryzowało się bardzo specyficznym jadłospisem. Tego dnia powstrzymywano się od tradycyjnych, wykwintnych potraw. Zamiast tego spożywano „niedźwiedzie jedzenie”, czyli to, po co w naturalnym środowisku mógłby sięgnąć drapieżnik.
Na słowiańskich stołach lądowały m.in.:
Kasza z korzeni łopianu i grochu,
Owsiany kisiel,
Komy, czyli specjalne placki wypiekane z mąki grochowej.
W języku starosłowiańskim słowo komy oznaczało również samego niedźwiedzia. Stąd nazwa Komoedzica dosłownie tłumaczy się jako „dzień, w którym niedźwiedź je”.
Z tym zwyczajem wiąże się pierwotne znaczenie znanego na wschodzie powiedzenia. Kiedyś wymawiano je jako pierwszy blin komam, co dosłownie oznaczało „pierwszy naleśnik niedźwiedziom”. Dopiero z czasem zniekształcono to do pierwszy blin komom, czyli pierwszy naleśnik z grudą dla niedźwiedzia. W języku polskim analogicznie funkcjonuje to w duchu powiedzenia „pierwsze koty za płoty”.
Ten pierwszy, gorący wypiek wynoszono do lasu i oddawano wygłodniałym drapieżnikom. Wierzono, że nakarmienie i udobruchanie władcy lasu zapewni jego przychylność, a to z kolei zagwarantuje ludziom udany i obfity w plony rok.
Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa stare tradycje nie zniknęły w całości, lecz uległy płynnej transformacji. Komoedzica została wchłonięta przez prawosławną Maslenicę (zapusty), a radosne zabawy przeniesiono na tydzień poprzedzający Wielki Post.
Zmieniło się również świąteczne menu, które uległo znacznemu poszerzeniu. Z uwagi na przedpostny zakaz jedzenia mięsa, Słowianie starali się najeść na zapas. Na stołach zaczęły królować ryby, jajka i bogate produkty mleczne. Dawne grochowe komy zostały natomiast całkowicie wyparte przez klasyczne naleśniki (bliny). Ich okrągła forma i złoty kolor stały się w ludowej świadomości idealnym symbolem słońca oraz budzącego się życia.
Mimo tych kulinarno-religijnych zmian, jedna rzecz przetrwała nienaruszona. Postać niedźwiedzia na zawsze wpisała się w rosyjskie i wschodniosłowiańskie zabawy świąteczne, pozostając nieodłącznym elementem tradycyjnego pożegnania zimy.
Dla dociekliwych (źródła):
Projekt edukacyjny „Obudzenie niedźwiedzia” (Образовательный проект «Пробуждение медведя» – tłumaczenie automatyczne)