KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Zapomnij o cichej przysiędze przed ołtarzem, białej sukni i romantycznych uniesieniach. Dla dawnych Słowian małżeństwo nie było sprawą dwójki zakochanych ludzi, lecz wielkim, rodzinnym kontraktem. A także, o czym nie można zapomnieć, magicznym rytuałem przejścia
Nasi przodkowie nie brali ślubów w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Słowianie mieli swój własny obrzęd, zwany swaćbą. I mocno różnił się od dzisiejszych zaślubin.
Samo ogólnosłowiańskie określenie „swaćba” (lub swadźba) wywodzi się od zaimka swojat, czyli „swój”. I to właśnie stanowiło fundament tego wielodniowego, hucznego widowiska: sprawić, by obca kobieta stała się „swoja”. Innymi słowy: aby weszła do nowego rodu i zapewniła mu przetrwanie.
Cichy ślub bez ogromnego wesela i uczty po prostu nie mieścił się w dawnej mentalności. Wydarzenie to traktowano jako powód do radości dla obu rodzin oraz całej osady.
Samo zawarcie paktu zaczynało się od „zwiadów”, czyli dyskretnego badania terenu i upewnienia się, czy ród dziewczyny w ogóle jest przychylny sojuszowi. Kiedy grunt był gotowy, do akcji wkraczał swat, zwany często starostą. W czasach pogańskich pełnił on funkcję zbliżoną do żercy, czyli słowiańskiego kapłana. To on oficjalnie prosił o rękę i twardo targował się z rodzicami o wiano (posag).
Małżeństwo było przecież również swego rodzaju transakcją ekonomiczną.
Gdy dobito targu, następowały zaręczyny, zwane „rękowaniem”. Miały one formę słowiańskich zaślubin i polegały na uroczystym związaniu rąk narzeczonych nad bochenkiem chleba lub przy domowym palenisku. Świadkiem tej przysięgi nie był kapłan, lecz starszyzna i duchy przodków.

Z punktu widzenia mitologii Słowian oraz obrzędów ludowych, panna młoda musiała rytualnie „umrzeć” dla swojego rodu, by narodzić się na nowo w rodzie męża. Służyły temu konkretne obrzędy przygotowawcze:
Dziewiczy wieczór i rozpleciny – w przeddzień swaćby panna młoda spotykała się z druhnami. Wiły one wieniec oraz rózgę weselną, czyli gałąź symbolizującą drzewo życia i płodność. Następował niezwykle ważny obrzęd rozplecin. Dziewiczy warkocz panny młodej był uroczyście rozplatany. Co znamienne, najczęściej robił to jej starszy brat, który w strukturze plemiennej był naturalnym stróżem jej cnoty. Rozplecenie włosów zwiastowało definitywny koniec jej wolności i dotychczasowego życia.
Oczepiny – był to punkt kulminacyjny obrzędów. Przy dźwiękach głośnej muzyki i śpiewu pannie młodej ściągano z głowy wieniec (symbol dziewictwa) i nakładano czepiec (lub namitkę). Od tego momentu stawała się kobietą i żoną. To było ostateczne przypieczętowanie jej nowego statusu we wspólnocie.
Więcej o samej symbolice włosów przeczytaj tutaj:
Od symbolu wolności do surowego zakazu. Jakie znaczenie miały włosy w ludowej magii Słowian?
Dla dawnych Słowian słowa i umowy nie znaczyły nic, dopóki nie zostały przypieczętowane w sposób namacalny. Zanim w Europie upowszechniły się śluby oparte wyłącznie na słownej przysiędze (co nastąpiło dopiero po soborze trydenckim w 1563 roku), jedynym prawomocnym dowodem na zawarcie małżeństwa były pokładziny.
Nie było w tym żadnej intymności, jaką znamy z dzisiejszych czasów. Pokładziny były obrzędem półpublicznym. Po uczcie i oczepinach tłum weselników, przy akompaniamencie pieśni, oracji i tańców (takich jak obrzędowy taniec chmielowy czy przepióreczka), odprowadzał nowożeńców wprost do ich łożnicy.
Rodzina musiała mieć pewność, że kontrakt został fizycznie skonsumowany.
Gdy z łożnicy wynoszono dowody dochowanego dziewictwa panny młodej, na weselu wybuchała tzw. swojewola. Był to moment radosnego, dzikiego wręcz szału weselników. Krew na prześcieradle była ostatecznym dowodem na to, że umowa została dotrzymana, a ród wkrótce zyska nowe potomstwo.
Całej swaćbie towarzyszyła nieodzowna magia agrarna. Najważniejszym elementem uczty był korowaj (lub kołacz), czyli święte ciasto obrzędowe, niezwykle bogato zdobione, które symbolizowało płodność, słońce i dobrobyt. Dzielenie korowaja między gości było aktem włączania całej wspólnoty w magię urodzaju nowego związku.
Ostatnim etapem obrzędu były przenosiny. Przy ogłuszającej muzyce pierwszego grajka (zwanego wesołuchem), śpiewach i trzasku batów, panna młoda wraz z ogromnym wianem opuszczała swój rodzinny dom i wyruszała w stronę domostwa męża.
Ostatecznie odcinała się od swoich korzeni. Od tego momentu należała już do nowego rodu i była całkowicie „swoja”.
Dla dociekliwych (źródła):