Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
KUP TERAZ
Dziś Tłusty Czwartek kojarzy nam się z kolejkami do cukierni, pudrem na nosie i liczeniem kalorii w pączkach z różą. Albo też promocjami na słodkości w Biedronce, Lidlu i Kauflandzie, które próbują przebić się na promocje.
Jednak gdybyśmy cofnęli się w czasie o kilkaset lat i pokazali naszym przodkom dzisiejsze świętowanie, parsknęliby śmiechem. Dla dawnych Słowian ten dzień nie miał nic wspólnego z deserem.
Był to początek Zapustów (zwanych też Mięsopustem) – dzikiego, głośnego i tłustego pożegnania zimy. W świecie, gdzie przednówek (wiosenny głód) był realnym zagrożeniem, „tłustość” potraw nie była kwestią łakomstwa, lecz magią przetrwania. Każda zjedzona kropa smalcu była inwestycją.
Zastanawiasz się, co na Tłusty Czwartek jedli Twoi przodkowie? Zapomnij o puszystym, żółciutkim cieście drożdżowym, które rozpływa się w ustach. Pierwotne słowiańskie pączki, zwane często kreplami, były potrawami konkretnymi, twardymi i ciężkimi. Smażono je na głębokim smalcu, a ich skład mógłby dzisiaj przyprawić dietetyka o zawał serca.
Czym różnił się słowiański pączek od tego z cukierni? Otóż:
Ciasto – było to najczęściej ciasto podobne do chleba.
Nadzienie – zamiast marmolady czy dżemu, do środka wkładano słoninę, wędzony boczek lub skwarki.
Popitka – tłustego pączka nie popijano kawą, lecz wódką („gorzałką”) lub ziołowymi naparami, które miały pomóc strawić taką bombę kaloryczną. Warto jednak dodać, że gorzałka w dawnych latach miała mniej „procentów” niż współczesna wódka.
Słodycz pojawiła się w nich znacznie później, i to w formie... orzecha. Czasem do jednego z pączków wkładano np. migdały czy orzechy. Ten, kto na niego trafił, nie łamał zęba, lecz zyskiwał wróżbę pomyślności i dostatku na cały nadchodzący rok.
Pojawiły się one jednak stosunkowo późno, bo ok. XVI wieku. Wcześniej Tłusty Czwartek był kojarzony przede wszystkim ze skwarkami, smalcem i boczkiem!
Słowianie wyznawali prostą zasadę magii sympatycznej: podobne przyciąga podobne. Jeśli chcesz, żeby rok był tłusty (urodzajny), sam musisz być tłusty w ten jeden, konkretny dzień. Obżarstwo w Zapusty było więc obowiązkiem religijnym i gospodarczym.
„Kto w Tłusty Czwartek nie zje pączka, temu myszy zniszczą pole.”
To stare porzekadło nie było żartem. Wierzono, że odmowa jedzenia lub, co gorsza, post w ten dzień, jest jawnym zaproszeniem nieszczęścia. Puste brzuchy domowników symbolizowały puste stodoły. Jedzenie miało też cel ochronny: tłuszcz tworzył barierę, a głośna zabawa i śpiewy miały odstraszać złe duchy zimy, które mogłyby chcieć zostać na dłużej.
Jadano więc dużo i często. Tradycja nakazywała jeść tyle razy, ile razy kogut zapieje w ciągu dnia, a stoły uginały się nie tylko od pączków, ale też od kapusty ze skwarkami, żuru na wędzonce i pieczonych mięs.
Tłusty Czwartek był sygnałem do rozpoczęcia najbardziej dzikiej części Zapustów. Gdy brzuchy były już pełne, we wsiach pojawiał się Korowód Maszkar. Nie była to jednak zwykła zabawa w przebieranki, lecz prastary rytuał magii wegetacyjnej.
Centralną postacią korowodu był Turoń – rogata, kudłata bestia z kłapiącą, drewnianą szczęką. W wierzeniach przedchrześcijańskich postać ta nawiązywała do wymarłego potężnego tura, będącego dla Słowian emblematem Słońca i siły. Jego pojawienie się w okolicach przesilenia i Zapustów miało na celu „przekazanie” domownikom energii witalnej. Turoń bodł kobiety rogami (na płodność), hałasował i skakał, by stymulować ziemię do rodzenia plonów.
Kluczowym momentem wizyty było rytualne omdlenie bestii. Turoń upadał na ziemię, udając martwego, a gospodarze musieli go cucić – dmuchaniem, masażem, a najczęściej wódką wlewaną w drewnianą paszczę. Jego powrót do żywych symbolizował koniec martwej zimy i nieuchronne odrodzenie się przyrody na wiosnę.
Turoniowi często towarzyszyły inne postacie, jak słomiany niedźwiedź, symbolizujący nieokiełznaną siłę natury (także utożsamiany z Welesem), czy koza, która była znakiem witalności i urodzaju. Cała ta hałaśliwa gromada miała jeden cel: tupaniem, dzwonkami i krzykiem przepędzić zimę i zapewnić, że nadchodzący rok będzie równie tłusty, co czwartkowe pączki.
Tłusty Czwartek i całe Zapusty to czas karnawałowej inwersji – świat stawał na głowie. Najlepszym tego przykładem był zwyczaj zwany Babskim Combrem, popularny zwłaszcza na południu Polski. Był to dzień absolutnej dominacji kobiet. Stateczne mężatki i panny formowały barwne, hałaśliwe korowody i ruszały na wieś lub do miasta z konkretnym celem: upolować mężczyzn.
Polowanie na kawalerów – mężczyźni, którzy zwlekali z ożenkiem, byli głównym celem. Zmuszano ich do ciągnięcia wielkiej kłody drewna, symbolizującej „ciężar” samotności.
Wykupne – aby uwolnić się od kobiet, mężczyzna musiał się wykupić: najczęściej wódką, jedzeniem lub monetą. Jeśli odmówił, mógł zostać publicznie wyśmiany, obdarty z ubrania wierzchniego lub wytarzany w śniegu (czy błocie).
Tańce na „wysoki len” – kobiety tańczyły w ten dzień, wyjątkowo wysoko skacząc. Wierzono, że im wyższe podskoki podczas tańca, tym wyższe wyrosną len i konopie w nadchodzącym sezonie.
Co istotne: Comber to przypuszczalnie tradycja, która przybyła do Polski z osadnikami niemieckimi. Nie jest to stary, słowiański obyczaj. Niemniej jednak warto o nim wspomnieć!
Ostatki, które zaczynały się w Tłusty Czwartek, kończyły się we wtorek o północy, tuż przed Środą Popielcową. Często o tej godzinie do karczmy wnoszono szkielet śledzia (zrobiony z papieru lub ości) i wieszano go u powały, co symbolizowało nadejście postu i koniec tłustego jedzenia.
Dziś, stojąc w kolejce po pączka z różą, warto pamiętać, że wykonujemy prastary, pogański rytuał. Choć zmienił się smak (ze słonego na słodki) i forma, intencja pozostała ta sama: zaklinamy rzeczywistość, by nadchodzący czas był dla nas łaskawy, syty i „tłusty”.
Smacznego – i pamiętaj, by zjeść chociaż jednego pączka. Sława!