KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Słowiańskie lasy są święte, lecz rządzą nimi demony.
Tak kiedyś rozpocząłem jeden ze swoich tekstów o leszym. Jednak o ile sam Pasterz Wilków znany jest wielu z nam (m.in. dzięki serii gier Wiedźmin), tak nasi przodkowie wierzyli również w inne byty, które władały pradawnymi puszczami.
Jednym z nich był dobrochoczy. Ta potężna istota z mitologii Słowian przetrwała wieki w tradycji ludowej niemal w niezmienionej postaci. Dziś bywa określany „słowiańskim entem” i nie bez powodu. Był on bowiem sprawiedliwym i surowym sędzią, który trzymał pieczę nad leśną florą.

Spotkanie dobrochoczego twarzą w twarz było przeżyciem tyleż fascynującym, co przerażającym dla naszych przodków. Jego wygląd wymykał się ludzkim standardom, ponieważ demon ten nie posiadał stałego wzrostu. Jego fizyczność była bezpośrednio związana z leśnym otoczeniem. Dobierał wielkość do wysokości drzewa, przy którym akurat stawał.
Tym samym mógł ukazać się jako postać niewiele wyższa od krzewu, by chwilę później górować nad wędrowcem z wysokości wielowiekowego dębu.
W przeciwieństwie do wielu mrocznych mieszkańców kniei dobrochoczy nie był uważany za ducha z gruntu złego. Wręcz przeciwnie. Traktowano go jako dobrego bożka i surowego, acz sprawiedliwego sędziego. Pełnił funkcję opiekuna ludzi poczciwych i dobrych, dbając o to, by w jego terytorium nie stała im się krzywda.
Miał jednak drugie, bezlitosne oblicze. Osoby występne, łamiące prawa natury lub ludzkiej moralności, określane przez lud mianem „niecnotliwych”, musiały liczyć się z surową karą. Dobrochoczy nasyłał na nich dotkliwe choroby, które powoli trawiły ciało i nierzadko prowadziły do długiej, bolesnej śmierci.
Nawet sprowokowanego dobrochoczego można było przebłagać. Jeśli na kogoś spadła choroba zesłana przez gniewnego strażnika drzew, ratunkiem był leśny rytuał słowiański. Należało udać się w leśne ostępy wraz z chorym, zanosząc ofiarę: okrajec chleba (czyli pierwsza, zewnętrzna kromka) i szczyptę soli, ciasno zawinięte w czystą szmatkę (tak zwany łachmanek). Wierzono, że po odprawieniu modłów i pozostawieniu tego skromnego daru pod pniem, człowiek zostawiał swoją chorobę w lesie, wracając do domu w pełni zdrów.
Podczas gdy potężny bies lub złośliwy czart często krzywdzili ludzi dla samej satysfakcji czynienia chaosu, dobrochoczy robił to tylko sprowokowany. Posiadał jednak pewną iście demoniczną cechę. A mianowicie: uwielbiał zwodzić ludzi w gęstwinie. Wierzono, że ktokolwiek nieszczęśliwie wstąpi w ślad pozostawiony przez tego bożka, natychmiast zabłąka się w kniei i zaledwie pod wieczór zdoła odnaleźć drogę powrotną.
Ta cecha bóstwa bywała zresztą sprytnie wykorzystywana przez chłopów. Nierzadko zdarzało się, że mąż przepijał kilka dni w karczmie. Po powrocie zaś tłumaczył żonie i swojemu panu, że to potężny dobrochoczy splątał mu ścieżki i siłą trzymał w lesie, opowiadając przy tym najbardziej niestworzone historie na poparcie swojego alibi.
Zgodnie z XIX-wiecznymi podaniami ze wschodniej Białorusi, w dawniejszych czasach dobrochoczy był widywany dość regularnie, gdy obchodził swoje leśne włości. Z niewyjaśnionych przyczyn w XIX stuleciu przestał się jednak ludziom ukazywać, chociaż wiara w jego istnienie i moc pozostała niezwykle silna.
W niektórych regionach trwa ona zresztą do dzisiaj.
Jego imię nie zatarło się jednak w pamięci. Do dziś w województwie lubuskim (w miejscowości Sucha Dolna) rośnie potężny pomnik przyrody, który nosi miano Dąb Dobrochoczy. To majestatyczny, liczący około 400 lat dąb szypułkowy, którego obwód pnia przekracza 5,7 metra. Stojący obok niego głaz z tablicą przypomina o potędze dawnego bożka, dumnie reprezentując florę, której demon tak zaciekle strzegł.
W słowiańskiej mitologii istniał bardzo wyraźny podział kompetencji. Choć dobrochoczy i słynny leszy (borowy) przebywali na tym samym terytorium, ich role się od siebie różniły, tworząc system leśnej równowagi.
Dobrochoczy był władcą i opiekunem flory. Dbał o drzewa, krzewy i poszycie. Z kolei leszy (zwany też Wilczym Pasterzem) pełnił funkcję strażnika fauny. To on decydował o wędrówkach zwierząt, chronił niedźwiedzie, wilki i dziką zwierzynę przed nadmiernym odłowem ze strony myśliwych. Razem tworzyli sprawny duet: jeden pilnował, by puszcza mogła rosnąć i oddychać, a drugi dbał o to, by jej zwierzęcy mieszkańcy mieli gdzie żyć.
Złamanie praw któregokolwiek z nich oznaczało dla człowieka wyrok, od którego ucieczka była niemal niemożliwa.
Oczywiście istnieją różne interpretacje obu tych istot z demonologii Słowian. Można uznać, że dobrochoczy to lokalna, białoruska wersja leszego. Możemy ich również uznać za byty komplementarne względem siebie bądź też postawić leszego wyżej, a dobrochoczego uznać za bożka, który mu służył.
Interpretację ostateczną pozostawiam Ci, droga czytelniczko, drogi czytelniku.
Dla dociekliwych (źródła):