KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
W tradycyjnym, mitycznym światopoglądzie naszych przodków nie istniało coś takiego jak puste słowa. Rzucenie klątwy, wypowiedzenie życzenia, a nawet zwykłe przekleństwo miały swój fizyczny ciężar. W przedchrześcijańskiej kulturze słowiańskiej słowo nie opisywało rzeczywistości, lecz ją stwarzało.
Na straży tej najstarszej wiedzy stały kobiety, które do dziś budzą jednocześnie lęk i ogromny szacunek. Przetrwały one tysiące lat, a chrystianizacja nie potrafiła ich wymazać z wiejskich społeczności. Mowa, rzecz jasna, o szeptuchach – kobietach, które wiedziały i widziały więcej.
Mitologia Słowian zakładała, że poznanie „prawdziwego imienia” danej rzeczy lub demona daje nad nim władzę. To dlatego pewnych słów unikano, a inne szeptano z ogromną ostrożnością. Przykładowo: bano się wymawiać imienia Peruna, które było obłożone silnym tabu językowym.
W świecie naszych przodków nie rzucano zaklęć w dzisiejszym rozumieniu. Szeptanie, czy też zamawianie, było przywoływaniem sił sacrum poprzez ich nazywanie, co zmuszało je do posłuszeństwa.
Dla osób tkwiących w tej magicznej kulturze wypowiedzenie słowa równało się wykonaniu fizycznego działania. Kiedy szeptucha pochylała się nad chorym, nie prosiła o uzdrowienie – ona zmuszała chorobę do odejścia. Doskonałym przykładem tego mechanizmu jest stare słowo „bodaj” (wywodzące się od Bóg daj). Pierwotnie stanowiło ono potężną magiczną komendę, zaklinającą moc, by ta wykonała określone zadanie tu i teraz.
W rodzimej wierze samo słowo „magia” było całkowicie obce. Przynieśli je dopiero z zewnątrz badacze i obserwatorzy. Sami praktycy określali swoje działania po prostu jako „czynienie” lub „robienie”.
Moc, którą władała szeptucha, nie płynęła z jej osobistych zasług. Płynęła z wiedzy o tym, jak manipulować ukrytymi siłami natury. Wiedza ta była ściśle chronionym tabu, przekazywanym najczęściej ustnie w obrębie jednej rodziny, zazwyczaj tuż przed śmiercią starej uzdrowicielki.
Wierzenia Słowian tłumaczyły choroby zupełnie inaczej niż współczesna medycyna. Złe samopoczucie czy ból były postrzegane jako fizyczna ingerencja obcych, demonicznych lub boskich sił, które wtargnęły w ciało i zrujnowały jego naturalny porządek. Uzdrowienie polegało więc na rytualnym „wyprowadzeniu” tego bytu z żył i odesłaniu go tam, skąd przyszedł: na rozstaje dróg, mokradła lub do głębokiego lasu.
Rola szeptuchy opierała się na byciu mediatorem. Była żywym pomostem między światem ludzi a niebezpieczną sferą duchów, czy też sferą sacrum.
Dlaczego jednak funkcję tę pełniły zazwyczaj starsze kobiety?
Odpowiedź kryje się w dawnym postrzeganiu ludzkiego ciała. W kulturze ludowej wierzono, że kobieta po menopauzie staje się rytualnie „czysta”. Zbędna z punktu widzenia prokreacji, zbliżała się do stanu duchowego nieodróżnienia, co pozwalało jej bezpiecznie kontaktować się z zaświatami bez ryzyka splamienia czy ściągnięcia nieszczęścia na własne potomstwo.
Mężczyźni byli z tego cyklu całkowicie wykluczeni.
Samo leczenie rzadko odbywało się w przypadkowym miejscu. Rytuały odprawiano w punktach granicznych: na progu domu lub przy oknie. Miejsca te postrzegano jako wyrwy w rzeczywistości, bramy do innego świata. W mitologii Słowian wierzono, że chata, jak i całe gospodarstwo, jest odzwierciedleniem ludzkiego ciała. Tak więc „naprawianie” mieszkańca mogło odbywać się poprzez symboliczne, magiczne działania w samej przestrzeni domowej.
Nadejście chrześcijaństwa nie sprawiło, że dawne praktyki zniknęły. Zamiast tego uległy one fascynującemu synkretyzmowi. Współczesne szeptuchy, działające do dziś chociażby na Podlasiu, są ostatnim żywym ogniwem dawnej słowiańskiej medycyny ludowej.
Z czasem zaadaptowały one przedmioty kultu chrześcijańskiego. Ikony, święcona woda, zapalone gromnice i krzyże stały się nowymi atrybutami, a gest błogosławieństwa zastąpił dawne, pogańskie znaki. Choć forma tekstów uległa chrystianizacji (pojawiły się odwołania do Boga i świętych), ich rdzennie magiczna funkcja pozostała nietknięta. Nadal wierzy się, że to sam fizyczny dźwięk modlitwy ma moc „zamówienia” i usunięcia choroby.
Oficjalna hierarchia cerkiewna i kościelna często potępiały te praktyki, uznając je za grzech lub współpracę z siłami nieczystymi. Mimo to, w świadomości lokalnych społeczności, rola szeptuchy nierzadko zrównuje się z rolą duchownego: obie postacie postrzegane są jako niezbędni pośrednicy, zdolni przywrócić porządek w świecie.
Dziś szeptuchy leczą nie tylko dawne przypadłości, takie jak „urok” czy „róża”, ale potrafią zaadaptować swoją wiedzę do współczesności, zdejmując z ludzi ciężar stresu i chorób psychosomatycznych. Robią to, niezmiennie wykorzystując najstarszy słowiański mechanizm: zaklinanie rzeczywistości odpowiednim słowem.
Źródła: