KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Na Kaszubach i Pomorzu upiór był realnym, namacalnym zagrożeniem, które po śmierci wracało, by dosłownie pożreć własną rodzinę. Nazywano go wieszczym, od słowiańskiego rdzenia „wie-” (wiedzieć). Jego obecność nie była traktowana jako wiejska bajka, lecz jako śmiertelnie zagrożenie, z którym walczono przy użyciu szpadla i makabrycznej, ludowej medycyny.
Na dawnej wsi wieszczym nie stawało się w wyniku ugryzienia, podobnie zresztą jak słowiański wampir. To był wyrok, który zapadał już w momencie narodzin.
Niechybnym znakiem przyszłego demona był czepek (czyli po prostu fragment błony płodowej) na głowie noworodka. Podczas gdy w innych częściach Słowiańszczyzny uchodziło to za znak wielkiego szczęścia i dobrobytu na przyszłość, na Kaszubach zwiastowało tragedię.
Aby zneutralizować ten defekt, stosowano specyficzną profilaktykę. Należało zerwać czepek, wysuszyć go na piecu, a następnie zetrzeć na drobny proszek. Taki popiół podawano dziecku do zjedzenia, najczęściej w siódmym roku życia lub wraz z mlekiem matki, póki było młode.
Zjedzenie własnej, „demonicznej” powłoki miało zamknąć proces przemiany.

Gdy skończył swój makabryczny posiłek, wychodził z grobu z jednym, konkretnym celem: zabiciem swoich najbliższych krewnych. Wieszczy działał jak zaraza, dosłownie „wyciągając” rodzinę na tamten świat.
Jedna z kaszubskich legend głosiła, że zdesperowany upiór po posiłku miał specyficzny rytuał. Szedł prosto na wieżę najbliższego kościoła i chwytał za sznury. Każdy człowiek we wsi, który usłyszał dźwięk dzwonu poruszonego ręką trupa, był skazany na natychmiastową śmierć.
„Po zjedzeniu ich wszystkich wściekła żarłoczność przenosi się na dzwony kościelne, zaczyna w nie bić i tam, dokąd niesie się ich dźwięk, wymiera wszystko, duży czy mały, stary czy młody człowiek”
– napisano w książce Niemcy o Kaszubach w XIX wieku.
Dawna wieś stosowała fizyczne blokady, by nie wypuścić wieszczego z mogiły. Podczas tzw. Pustej Nocy (czuwania przy zwłokach) uważnie obserwowano twarz zmarłego. Jeśli robiła się czerwona i nabrzmiała, społeczność wiedziała, z czym ma do czynienia.
Wówczas stosowano następujące metody:
Matematyczny paraliż – do trumny sypano drobny mak, pokruszone cegły lub wkładano gęste sieci rybackie. Demon cierpiał na przymus liczenia i rozwiązywania węzłów (podobnie jak strzyga), co miało zatrzymać go w grobie aż do świtu.
Brakująca modlitwa – w dłonie trupa wciskano kartkę z książeczki do nabożeństwa, z której celowo wydarto słowo „amen”. Miało to uniemożliwić mu wyjście z trumny.
Dekapitacja – kiedy prewencja zawodziła, a we wsi zaczynali umierać ludzie, chłopi chwytali za łopaty. Grób rozkopywano, głowę odcinano rydlem i układano ją między stopami zmarłego, by nie mógł jej dosięgnąć.
Wiary w wieszczego nie można zbyć jako średniowiecznego mitu. Znalazła ona swój brutalny finał w nowożytnych aktach sądowych. 5 maja 1870 roku w Kętrzynie na suchoty (gruźlicę) zmarł Franciszek Pobłocki, głowa szlacheckiej rodziny. Zaledwie 13 dni później na tę samą chorobę zmarł jego syn, Antoni.
Kiedy suchoty uderzyły w żonę Józefinę oraz córkę Antonię. Cała rodzina zaczęła odczuwać strach oraz osłabienie. Tym samym uznano, że Franciszek, a po nim Antoni, stali się wieszczami.
Pobłoccy nie czekali na pomoc ówczesnej medycyny, uciekli się do ludowych obrzędów. Józef Pobłocki wynajął robotników, a Antonina namówiła jednego z nich, Jana Dzięcielskiego, by odciął głowę zmarłemu bratu i zebrał jego krew.
Lokalny ksiądz próbował zablokować to działanie i zamknął cmentarz. Jednak nocą z 21 lutego na 22 udało się potajemnie otworzyć grób Franciszka.
Następnego dnia ksiądz nakazał otwarcie trumny Franciszka. Okazało się, że głowa zmarłego została już wcześniej odcięta i umieszczona między stopami, a jego twarz była rumiana. Było to dowodem na bycie wieszczym.
Rodzina wierzyła, że jedynym ratunkiem jest spożycie krwi zmarłego. Pobłoccy wymieszali krew zebraną z ciał Franciszka i Antoniego z napojami i wypili ją. Wszyscy, którzy to zrobili, twierdzili, że poczuli ulgę i wyzdrowieli. Jedynie Józefina Pobłocka, która nie mogła się przemóc do wypicia krwi męża i syna, zmarła krótko potem, 28 lutego 1870 roku. Dla rodziny był to ostateczny dowód, że ich działania były słuszne
Sprawa bezczeszczenia zwłok odbiła się szerokim echem. Zakończyła się w Lęborku, przeszła przez sąd apelacyjny w Koszalinie, a ostatecznie oparła się aż o Pruski Trybunał Najwyższy w Berlinie. Tym samym udowodniła, jak potężna potrafiła być ludowa demonologia w starciu ze strachem przed epidemią.