Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
KUP TERAZ
To jedno z tych doświadczeń, które od wieków budzą pierwotny, paraliżujący lęk. Budzisz się w środku nocy, Twoja świadomość jest całkowicie jasna, ale ciało odmawia posłuszeństwa. Na klatce piersiowej czujesz nienaturalny ciężar, jakby ktoś na Tobie siedział, a każde nabranie powietrza staje się walką o życie.
Dziś nazywamy to paraliżem sennym. Słowianie nazywali to zmorą.
W przeciwieństwie do wielu innych demonów, zmora (zwana też morą, gniotkiem czy dusiołkiem) często nie była demonem czy biesem w całym znaczeniu tego słowa. Zmora była żyjącym człowiekiem, a dokładniej: jego cząstką. Wierzono, że dusza takiej osoby – często bez jej wiedzy i woli – opuszcza nocą ciało, by dręczyć innych.
Jak zostawało się zmorą? Ludowa wyobraźnia była tu wyjątkowo precyzyjna. Najczęściej winą obarczano:
Klątwę siódmej córki – w rodzinach, gdzie rodziło się siedmioro dziewcząt i ani jeden syn, ta ostatnia niemal zawsze stawała się zmorą.
Błąd podczas chrztu – to jeden z najciekawszych motywów. Wystarczyło przejęzyczenie rodzica chrzestnego, który zamiast „Zdrowaś Mario” wymamrotał pod nosem „Zmoraś Mario” lub zamiast o „wiarę” poprosił dla dziecka o „mary”.
Dwie dusze – wierzono, że niektórzy rodzą się z podwójnym zestawem duchowym. Jeśli podczas chrztu nadano tylko jedno imię, ta druga, nieochrzczona dusza, nocami wychodziła „na łowy”.
Inne powody – w zależności od regionu zmorami zostawały także osoby ze zrośniętymi brwiami, dzieci urodzone z zębami, zdradzone dziewczęta mszczące się na kochankach czy dusze wielkich grzeszników oraz samobójców.
Warto tutaj dodać, iż wierzenie o podwójnej duszy dotyczyło także strzygi. Z drugiej strony: w niektórych interpretacjach i rekonstrukcjach wierzeń Słowian dwie dusze posiada każdy człowiek. Jedna przynależała do Wyraju, druga zaś do Nawii.
Wówczas można by pokusić się o interpretację, że w pierwotnych, przedchrześcijańskich wierzeniach, to Weles przeklinał „duszę ziemi” na zostanie demonem jako kara za niemoralne życie.
Zmora była mistrzynią kamuflażu. Jej wygląd zależał od tego, jak bardzo chciała pozostać niezauważona. Jej manifestacje dzieliły się na cztery typy:
Głównym celem zmory nie było zabicie ofiary na miejscu, lecz powolne „wypijanie” jej sił witalnych. Atak zaczynał się od stóp – demon powoli przesuwał się w stronę klatki piersiowej, wywołując narastający ucisk. Ofiara znajdowała się w stanie letargu: widziała i czuła wszystko, ale nie mogła wydać z siebie głosu ani drgnąć palcem, co czyniło cały atak tym bardziej przerażającym.
Gdy Zmora usadowiła się już na piersi, zaczynała wysysać krew, ślinę lub w przypadku kobiet: pokarm z piersi. Efekt? Rano ofiara budziła się skrajnie wyczerpana, blada i obolała. Długotrwałe wizyty zmory prowadziły do wyniszczenia organizmu, a w ludowych przekazach – nawet do powolnej śmierci z wycieńczenia.
Niekiedy zmora atakowała także zwierzęta, głównie konie. Jednak jej najczęstszymi ofiarami padali ludzie.
Nasi przodkowie nie byli bezbronni wobec nocnych ataków mory. Skoro zmora była istotą półdemoniczną, można było z nią walczyć za pomocą sprytu i konkretnych przedmiotów. Nasza kultura ludowa była bogato wyposażona w metody walki ze zmorą. Chociaż muszę przyznać, że niektóre pomysły wydają mi się dosyć... radykalne.
Zmiana pozycji – najprostszym sposobem było spanie na brzuchu lub boku. Skuteczne było też spanie „odwrotnie” – z głową w nogach łóżka, co miało zmylić demona.
Żelazo i modlitwa – pod poduszkę kładziono noże lub siekiery (żelazo często odstraszało słowiańskie lęki). U wejścia stawiano miotłę włosiem do góry, co miało blokować drogę „przedmiotowej” postaci Zmory.
Obrzydzenie – metoda dla zdeterminowanych i nieco... obrzydliwa. Smarowanie ciała kałem (głównie klatki piersiowej) miało sprawić, że zmora poczuje odrazę i zostawi ofiarę w spokoju. Niektórzy zalecali też jedzenie suchego chleba podczas siedzenia w toalecie przed snem.
Jeśli komuś udało się pochwycić zmorę (np. przycisnąć czymś ciężkim słomkę lub złapać mysz, która nagle pojawiła się w pokoju) i przetrzymać ją do rana, demon odzyskiwał ludzką postać. Wtedy można było wymusić na niej obietnicę, iż więcej już nie powróci.
A chociaż mora była demonem (bądź półdemonem), to składane obietnice traktowała z należytym szacunkiem i godnością.
Dziś wiemy, że to, co Słowianie nazywali Zmorą, to przypuszczalnie klasyczny paraliż przysenny. Występuje on, gdy mózg wybudza się z fazy REM (w której mięśnie są naturalnie zablokowane, byśmy nie „odgrywali” swoich snów i przypadkiem się nie skrzywdzili), ale ciało jeszcze nie nadąża z „odblokowaniem” motoryki.
Uczucie ucisku wynika z płytkiego oddechu w tej fazie, a halucynacje (widzenie postaci w kącie pokoju) są wynikiem lęku, który mózg próbuje sobie logicznie wytłumaczyć. Fascynujące jest jednak to, że mimo naukowej wiedzy, wciąż opisujemy te przeżycia niemal identycznie jak nasi przodkowie sprzed tysięcy lat.
Zmora nie jest jedynym zagrożeniem, które czyha na śpiących. Choć zmora kradnie oddech, istnieje inna postać, która specjalizuje się w dręczeniu nocami i duszeniu dzieci – tajemnicza nocnica, zwana matką leśną, o której więcej możesz przeczytać tutaj:
Nazywali ją „Matką Leśną”, by uniknąć nieszczęścia. Słowiański koszmar, który kradł sen