KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
Siedzisz w zadymionej, dusznej chacie. Kąty toną w mroku, a jedyne światło rzuca dogasające palenisko. Na ławie leży trawiony gorączką człowiek. Nad chorym pochyla się pomarszczona starucha. W sękatej dłoni trzyma surowe jajko, a jej wargi bezgłośnie poruszają się w rytm prastarej inkantacji. Co chwilę spluwa przez lewe ramię.
To szeptucha czyni uroki, aby uratować chorego przed niechybną zgubą.
Świat naszych przodków nie znał podziału na medycynę i magię. W ich postrzeganiu rzeczywistości zdrowie i choroba nie były zjawiskami czysto biologicznymi, lecz należały do sfery „sacrobiologii”. Nagły kaszel, gorączka czy niewytłumaczalny lęk nie brały się znikąd. Były efektem ataku demona, ingerencji sił nadprzyrodzonych lub rzuconego uroku.
Choroba traktowana była jako żywy, złośliwy byt. Nie można było jej po prostu uleczyć ziołami. Trzeba było z nią negocjować, oszukać ją lub siłą wyrwać z ciała pacjenta.
W dawnych, wiejskich społecznościach surowe jajo nie było wyłącznie pożywieniem. Tradycja ludowa przypisywała mu funkcję potężnego magicznego odpromiennika. W uproszczeniu mógłbym to przyrównać do gąbki, która miała zdolność pochłaniania zła i demonów.
Mechanizm wyciągania choroby był fizyczny i namacalny. Szeptucha toczyła jajko bezpośrednio po ciele chorego. Wierzono, że jajo, jako słowiański symbol sił witalnych i płodności, przyciąga do siebie zarazę. Demon lub urok, skuszony życiem ukrytym pod skorupką, przechodził z człowieka do jej wnętrza i zostawał tam uwięziony.
Jednak samo wyciągnięcie choroby to dopiero połowa sukcesu. Co zrobić z przeklętym przedmiotem?
Marsz na granicę światów – zainfekowane jajo (podobnie jak odcięty kołtun) trzeba było natychmiast wynieść z osady na rozstajne drogi. Wierzenia słowiańskie traktowały skrzyżowania jako miejsca peryferyjne i graniczne, w którym ludzki porządek stykał się z chaosem „tamtego świata”.
Rozbicie i ucieczka – jajo z uwięzioną chorobą rozbijano na samym środku rozstajów, ostatecznie porzucając demona w miejscu, z którego przyszedł, by tam sobie „hulał”, dając spokój człowiekowi.
Zasada nieoglądania się – po rozbiciu jaja należało wracać do domu w milczeniu. Pod żadnym pozorem nie wolno było spojrzeć za siebie. Jedno spojrzenie za ramię sprawiało, że zła moc wracała na plecach.
Co zrobisz, gdy Twoje dziecko pewnego dnia przestaje mówić, trzęsie się po nocach i gaśnie w oczach, a na jego ciele nie ma ani jednej rany? W dawnej wsi diagnoza była prosta: przestrach. Dusza dziecka, wystraszona przez nagłe zdarzenie, zjawę lub złe spojrzenie, skurczyła się. Należało ją natychmiast wylać.
Do tego rytuału potrzebna była gromnica (najlepiej poświęcona, co świetnie ukazuje, jak mitologia Słowian zlała się z chrześcijaństwem) oraz naczynie z tzw. „nienaczętą wodą”. Była to woda zaczerpnięta ze studni w absolutnym milczeniu, której nikt wcześniej nie użył.
Szeptucha narzuciła na głowę przerażonego chłopca lnianą chustę. Tuż nad jego ciemiączkiem uniosła misę z lodowatą, nienaczętą wodą. Wolną ręką chwyciła roztopiony wosk i powolnym ruchem wlała go do naczynia, odmawiając po cichu „Ojcze Nasz”. Wosk zasyczał gwałtownie, twardniejąc w nieregularną bryłę. Kobieta wyciągnęła ją z wody i podniosła pod światło. Kształt wyraźnie przypominał warczącego psa.
Zabieg ten miał podwójne dno. Z jednej strony wosk pełnił funkcję diagnostyczną: z jego kształtu wróżono, co dokładnie przestraszyło dziecko. Z drugiej strony, moment stygnięcia wosku w lodowatej wodzie więził i wyciągał lęk z wnętrza człowieka.
Wodę z zabiegu wylewano w miejscach granicznych (np. na miedzę lub w trzy progi chaty), by odciąć strachowi drogę powrotu, a dziecku przemywano nią twarz.
Słowiańska tradycja ludowa zakładała, że słowo nie służy do opisywania rzeczywistości, ale ją tworzy. Kluczowym orężem znachorek były zamowy, czyli uświęcone, często rytmiczne formuły, które w uproszczeniu możemy nazwać zaklęciami.
Praktyki te cechował ciekawy synkretyzm. Na przestrzeni lat nasza rodzima mitologia Słowian wymieszała się tu z nową religią. Szeptucha potrafiła w jednym zdaniu wzywać na pomoc świętych, by w następnym grozić uosobionej chorobie, że utopi ją w bagnie. Do demona mówiono bezpośrednio, na przykład:
„Idź na suche lasy, na jałowe pola, gdzie pies nie szczeka, a kur nie pieje”.
Samo słowo jednak nie wystarczyło. Musiał mu towarzyszyć fizyczny atrybut i gest, takie jak:
Spluwanie przez lewe ramię – odpędzało zło, które według wierzeń zawsze czaiło się po lewej, "nieczystej" stronie człowieka.
Surowe materiały – używano owczej wełny, palono len na głowie chorego (by wypalić urok zwany „różą”), a w skrajnych przypadkach sięgano po kości potajemnie wyniesione z cmentarza, co miało spotęgować kontakt ze sferą sacrum.
W tych wszystkich obrzędach niesamowicie ważną rolę grali ci, którzy zajmowali pozycję wewnętrznych obcych: starcy stojący jedną nogą w grobie oraz małe dzieci, które dopiero co przyszły z zaświatów. Wierzenia słowiańskie zakładały, że dzięki bliskości granicy życia i śmierci, to właśnie te grupy miały największą podatność na uroki, ale i naturalną zdolność do obcowania z siłami wyższymi.
W prawdziwej słowiańskiej chacie magia nie potrzebowała skomplikowanych ołtarzy. Wystarczyła nienaczęta woda, stare słowa i niezachwiana wiara w bogów Słowian.
Źródła: