Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
KUP TERAZ
Wyobraź sobie, że grasz w doskonałą, wciągającą grę wideo. Skradasz się przez ciemny las, serce bije Ci mocniej, każda zgięta gałązka sprawia, że wstrzymujesz oddech. I nagle, w samym środku akcji, na ekranie wyskakuje wielki komunikat systemu:
WŁAŚNIE ODCZUWASZ STRACH. WIDZISZ POTWORA.
Emocje opadają, prawda? Zostałeś brutalnie wyrwany ze świata, w który zdążyłeś się zagłębić tak bardzo, że nawet podmuch wiatru za oknem wydawał się częścią wirtualnej rzeczywistości.
I niestety jako pisarze często robi to swoim czytelnikom dokładnie to samo. Stawiamy między nimi a bohaterem grubą, niewidzialną szybę, która uniemożliwia im pełne wejście do wykreowanego świata. Jeśli chcesz, by czytelnik nie tyle czytał o przygodach Twojej postaci, ile stał się nią na czas lektury, musisz zrozumieć, co go wciąga, a co wyciąga z narracji.
W narracji trzecioosobowej ograniczonej (o której pisałem w poprzednim tekście) kamera wisi tuż nad ramieniem bohatera. Problem polega na tym, że jako pisarze często przypominamy naszym czytelnikom o obecności tej kamery, zamiast pozwolić im patrzeć przez sam obiektyw.
Jak dokładnie? Za pomocą czasowników określających zmysły i procesy myślowe. Dla przykładu są to określenia takie jak:
zobaczył / zauważył,
usłyszał,
poczuł,
pomyślał / zastanawiał się,
zdał sobie sprawę / zrozumiał.
Dlaczego są tak szkodliwe? Bo wprowadzają niepotrzebnego pośrednika (narratora), który na bieżąco raportuje czytelnikowi, co robi bohater.
Spójrz na ten fragment:
„Wojmir usłyszał suchy trzask łamanej gałęzi. Poczuł, jak po plecach spływa mu zimny pot. Zobaczył, że z cienia wyłania się ogromny, rogaty kształt, i pomyślał, że to już koniec”.
Według zasad języka polskiego wszystko jest w porządku, ale odpowiedz sobie szczerze: czy ten fragment, który napisałem, uznajesz za ciekawy? Naszpikowałem go czasownikami, które wprost określają zmysły oraz procesy myślowe na najprostszym (a wręcz prymitywnym) poziomie
A gdyby to napisać w ten sposób:
„Jego uszu dobiegł suchy trzask łamanej kości. Zimny pot począł spływać Wojmirowi po plecach. Z cienia wyłonił się ogromny, rogaty kształt, zwiastujący koniec podróży wojownika”.
Trochę lepiej, nieprawdaż?
Budowanie immersji to jednak nie tylko wykreślanie słów-filtrów. Istnieje kluczowa technika, która pozwoli czytelnikom wczuć się w świat przedstawiony i perspektywę bohatera.
Narrator przejmuje w niej słownictwo, sposób myślenia, emocje, a także (co kluczowe!) słownictwo danego bohatera. Można powiedzieć, że narrator i bohater „nakładają się” stylistycznie na siebie nawzajem. Fachowo nazywa się to mową pozornie zależną, ale kiedyś usłyszałem sformułowanie Narrator-Kameleon. I tego będę się trzymał, bo już sama nazwa dobrze oddaje, o co chodzi.
Na czym w praktyce polega taki Kameleon?
Oddajesz myśli, uczucia i emocje bohatera, ale narrator nie przedstawia ich wprost, tylko „wtapiasz” subiektywną ocenę bohatera w opis. Narrator nie jest obiektywnym obserwatorem wydarzeń, tylko używa słów oraz metafor, których użyłaby dana postać.
Żebyś zobrazował sobie to lepiej, oto opis wnętrza tej samej karczmy z perspektywy dwóch różnych bohaterów:
Ten sam przybytek, to samo oświetlenie, ci sami ludzie. Jednak Narrator-Kameleon dostarcza nam zupełnie innych informacji i emocji. Najemnik ocenia taktyczne zagrożenie, używając szorstkiego języka. Zielarka skupia się na zapachach, dymie i własnym bezpieczeństwie.
Powyższe dwie zasady brzmią dosyć surowo i nawet sam zdążyłem już je złamać. Bo nie chodzi o to, że masz absolutnie usunąć czasowniki takie jak „poczuł” i „zobaczył”. Nie musisz też zawsze stylizować opowiadania tak, aby czytelnik widział tylko i wyłącznie perspektywę danego bohatera.
Chodzi mi o to, abyś odpowiednio dozował te czasowniki i pozwolił czytelnikowi wczuć się w realia danej epoki. Jeśli protagonistą twojego dzieła jest słabo wykształcony (a raczej: w ogóle niewykształcony) barbarzyńca z odludnego pustkowia, który nagle trafia do olbrzymiej, tętniącej życiem Akademii Magii Stosowanej, to opis tej tranzycji jest kluczowy.
Nie możesz wówczas napisać czegoś w stylu:
„Wojmir podszedł do fontanny, zaciekawiony jej niecodziennym widokiem. Zaraz zobaczył, że obok stoi dwójka pięknych czarodziejek. Przysłuchał się ich rozmowie, zastanawiając się, czy w ogóle zrozumie z tego cokolwiek. Szybko zdał sobie sprawę, że nie ma na to najmniejszej szansy. Skinął parę razy głową do samego siebie, myśląc, że pewnie wygląda jak dziwak i odludek. Aby uniknąć takich ocen, jak i zwyczajnie dlatego, że obie czarodziejki były nieziemsko piękne, przybliżył się i zapytał:
– Cześć, o czym rozmawiacie?”
Nawet najlepsza fabuła nie uratuje Twojej książki, jeśli czytelnik zwyczajnie w nią nie uwierzy. Jednak tak jak mówiłem: nie wyrzucaj tych czasowników całkowicie. Stosuj je w narracji, tylko upewnij się, że nie piszesz zdania po zdaniu w ten sam sposób.
Z mojego doświadczenia: zbyt usilna próba oddania czyjegoś języka i unikanie za wszelką cenę czasowników-filtrów kończy się tym, że dane dzieło zaczyna wyglądać jak karykatura. Dla przykładu:
„Wojmir podreptał do kamiennego kloca, który sikał wodą w niebo. Magia, psia jej mać. Kawałek dalej stały dwie gładkie dziewuszki w lśniących, cieniutkich szmatkach. Z ich pomalowanych warg wylatywały dźwięki, które dla Wojmirowych uszu brzmiały jak pisk zarzynanego prosiaka na targu. Zaklęcia? Mądrości z grubych ksiąg? Jego wielki łeb był za twardy na takie łamańce. Majtnął zarośniętą głową w górę i w dół, żeby pomyślały, że nie jest tylko tępym dzikusem, co żre surowe mięso. Pachniały jak łąka po burzy, a ich krągłości sprawiły, że krew zaszumiała mu w skroniach. Wypiął owłosioną pierś, wyszczerzył krzywe kły w uśmiechu godnym niedźwiedzia i chrząknął:
– Dziewoje, o czym kłapiecie dziobami?”
(tak, dobrze się bawiłem, pisząc to, dziękuję, że pytasz!)
W pierwszej wersji tekst był suchy jak raport z warty i przeładowany filtrami („usłyszał”, „zobaczył”, „zdał sobie sprawę”). Jednak w drugiej poszedłem o kilka kroków za daleko. Jasne, usunąłem filtry, ale zrobiłem z Wojmira przerysowanego jaskiniowca. Zamiast budować immersję, wywołałem u czytelnika uśmiech politowania.
Mogłoby to jeszcze mieć sens, jakbym pisał komedię, ale w poważnej historii nie miałoby to sensu.
Moja porada brzmi: używaj powyższych zasad stylizacji języka jak ostrej przyprawy. Szczypta nadaje potrawie charakteru. Jeśli wsypiesz całe opakowanie, nikt tego nie przełknie. Czasem napisanie prostego „Wojmir pomyślał, że czarodziejki są piękne” jest lepsze niż wymyślanie dziesięciu metafor o gładkich łaniach i zarzynanych prosiakach.
Obie te techniki pozwalają na wciągnięcie czytelnika w Twój świat, ale nie są instynktowne dla wielu z nas. To kolejna umiejętność, którą warto, abyś opanował w swej Kuźni Opowieści.
Kiedy dzisiaj wieczorem usiądziesz do pisania, zrób prosty test. Otwórz swój ostatni rozdział. Włącz wyszukiwanie w edytorze tekstu (Ctrl+F) i wpisz słowo „poczuł”. Potem wpisz „zobaczył” i „pomyślał”. Jeśli Twój tekst zaświeci się na żółto, wiesz już, co robić. Bierz do ręki młot, wykreśl „zakazane słowa” i pozwól czytelnikowi wreszcie stanąć twarzą w twarz z Twoim światem.
A jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym, jak naturalnie wprowadzić czytelnika w Twój świat, zapraszam do poniższego poradnika: