KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Wyobraź sobie, że idziesz na pogrzeb wielkiego wodza wojennego. Zamiast przejmującej ciszy, słyszysz szczęk oręża, głośne śpiewy czy nawet śmiech. Łzy i czarne szaty zastąpiły upiorne maski oraz lejący się strumieniami miód pitny. Tak właśnie nasi przodkowie obchodzili pogrzeby.
Trizna, czyli jeden ze słowiańskich obrzędów pogrzebowych, była spektaklem, który dla dzisiejszego człowieka wydawałby się czystym szaleństwem. Słowianie wierzyli jednak, że śmierć to nie koniec, a zmarłym należy się pożegnanie pełne niespożytej, życiowej energii.
Pierwotnie trizna nie była jedynie suto zastawionym stołem, lecz składała się z dwóch niezwykle dynamicznych elementów.
To właśnie poprzez fizyczny wysiłek i zmagania, a następnie ucztę, żyjący oddawali największy hołd temu, kto już walczyć nie mógł.
Z czasem pojęcie trizny zaczęło obejmować również wielką ucztę pogrzebową, następującą tuż po wyczerpujących zmaganiach zbrojnych. Podczas tych biesiad spożywano ogromne ilości mięsa i pito hektolitry miodu, co w naturalny sposób bardzo często kończyło się całkowitym upiciem wszystkich żałobników.
Jak niebezpieczne potrafiły być to imprezy, udowodniła w X wieku księżna Olga. Chcąc pomścić zamordowanego męża Igora, kazała plemieniu Drzewian usypać wielką mogiłę i przygotować beczki miodu na ogromną triznę. Gdy zadowoleni z siebie mordercy jej męża kompletnie upili się w trakcie obrzędu, księżna wykorzystała ich bezbronność i wydała rozkaz bezlitosnego wymordowania wszystkich biesiadników.
Rzecz jasna nie była to standardowa praktyka. Jednak księżna, uniesiona gniewem za śmierć męża i w obawie o przyszłość syna, nie miała skrupułów przed samodzielnym wymierzeniem sprawiedliwości.
Słowiańskie pożegnania przybierały odmienne formy w zależności od regionu, w którym je odprawiano.
Kronika ruska podaje na przykład, że wojownicze plemię Wiaciców odprawiało triznę z igrzyskami bezpośrednio nad zmarłym, a następnie paliło jego ciało na ogromnym stosie. Zebrane po kremacji kości umieszczano w niewielkich naczyniach, które z wielkim namaszczeniem stawiano na drewnianych słupach przy głównych drogach.
Z kolei czeski kronikarz Kosmas oburzał się na pogańskie zwyczaje ludu, opisując „bezecne żarty” i nocne igrzyska odbywające się na rozstajach dróg. Uczestnicy tych widowisk wkładali na twarze potworne, rytualne maski (kraboszki), by udawać martwe cienie i za ich pomocą skutecznie wywoływać duchy przodków do wspólnego biesiadowania.
Więcej o samych kraboszkach pisałem w tym artykule:
Kraboszki – drewniane oblicza przodków i klucz do zaświatów
Zanim w polskim języku na dobre zadomowiło się słowo „stypa”, nasi przodkowie operowali zupełnie innym, bardzo bogatym nazewnictwem związanym z kultem zmarłych.
To niezwykle stare słowo oznaczające ucztę pogrzebową, które odnotowano historycznie już w V wieku przy okazji opisu wielkiego pogrzebu wodza Hunów, Attyli. W Polsce termin ten funkcjonował z powodzeniem aż do XVI wieku, oznaczając nie tyle smutny posiłek, co radosną biesiadę dzieloną symbolicznie z zaproszonymi duszami przodków.
Pojęcie to, zachowane przede wszystkim w dawnych źródłach ruskich, oznaczało rytualne czuwanie przy zmarłym. Był to wczesny odpowiednik późniejszego „pustego wieczoru” czy „pustych nocy”, podczas których sąsiedzi i rodzina spędzali długie godziny przy zwłokach. Co ciekawe, w trakcie bdynu również mogło dochodzić do różnego rodzaju gier, igrzysk i śpiewów, których zadaniem było odstraszenie demonów chcących porwać duszę.
Wraz z nadejściem chrześcijaństwa i potępieniem dawnych obyczajów, pierwotne pojęcia zaczęły zmieniać swoje znaczenie. Starocerkiewne trizniti, niegdyś oznaczające chwalebną walkę i oddawanie hołdu, w języku staropolskim, czeskim i słowackim przekształciło się w czasownik „tryźnić”. Dziś rozumiemy je wyłącznie jako męczenie, bolesne dręczenie lub trapienie własnego ciała.
Trizna jest żywym dowodem na to, jak nasi przodkowie postrzegali cykl życia. Śmierć nie była dla nich ostatecznym, przerażającym końcem i powodem do pogrążenia się w niemej rozpaczy. Zmarły, stając się jednym z potężnych przodków, wracał do swoich bliskich, a ci witali go ze szczękiem oręża, głośną biesiadą i niespożytą energią, wierząc, że taki radosny hołd zapewni mu chwałę na wieki.
W mitologii Słowian można też spotkać się z motywem dwóch zaświatów: Nawii i Wyraju. W Nawii część duszy odpoczywała na zielonych łąkach Welesa, z Wyraju zaś powracała wraz z ptakami, niosąc mądrość przodków. Tym samym przodek nigdy tak naprawdę nie umierał. Zawsze był obecny w rodzinie w ten, czy inny sposób.
Dla dociekliwych (źródła):
Bruckner A., Mitologia słowiańska i polska, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, 1985.