KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Kiedy nad słowiańską wioską zawisło widmo pomoru, a tradycyjne ofiary do bogów nie przynosiły rezultatu, nasi przodkowie sięgali po magię ostateczną. Nie była to cicha prośba o litość, lecz surowy rytuał, który miał na celu fizyczne i metafizyczne oddzielenie osady od nadciągającej zagłady.
Mowa o oborywaniu. Był to akt tworzenia nienaruszalnego, magicznego muru, za którym chronił się porządek świata żywych przed chaosem śmierci.
Dla dawnych Słowian granica nie była jedynie linią na mapie czy miedzą oddzielającą pola. Była to strefa sakralna, punkt styku między tym, co oswojone, a tym, co dzikie i niebezpieczne. Rytuał miał zabezpieczać społeczność nie tylko przed klęskami żywiołowymi, takimi jak gradobicia, powodzie czy uderzenia piorunów, ale przede wszystkim przed tym, co najbardziej paraliżowało wyobraźnię: epidemiami.
Oborywanie wsi w tradycji Słowian polegało na wyoraniu głębokiej bruzdy wokół całej osady, co tworzyło zamknięty, magiczny krąg obronny. Wierzono, że tak powstała bariera jest dla nieszczęść fizycznie (oraz duchowo) nie do przejścia.
Skuteczność oborywania nie zależała od siły mięśni, lecz od przestrzegania reguł magicznych, które dla współczesnego obserwatora mogły wydawać się szaleństwem. Kluczowy był dobór uczestników, którzy posiadali określony status rytualny.
Zgodnie z obrzędami słowiańskimi często wykorzystywano bliźnięta. Wierzono, że dualizm ich natury generuje nadludzką moc, zdolną powstrzymać demony. Rytualny pług zaprzęgano w bliźniacze zwierzęta (parę identycznych wołów, byków lub białych krów) a prowadzili go bliźniaczy bracia lub siostry.
Motyw ten głęboko zapisał się w naszej historii. Jedna z legend głosi, że w taki właśnie sposób wyznaczono granice podczas zakładania Warszawy, gdzie pługiem kierował chłopiec i dziewczyna, będący bliźniętami.
W innych regionach, szczególnie na terenach współczesnej Białorusi i w Rosji, ciężar magii spoczywał na kobietach. Tam oborywania dokonywały nagie dziewczęta zaprzężone do sochy lub wdowy ubrane w białe, pośmiertne koszule. Nagość i biel nie miały tu podtekstu erotycznego. Symbolizowały one wejście w sferę zaświatów. Dzięki temu uczestniczki stawały się „niewidzialne” dla demonów, co pozwalało im niepostrzeżenie zamknąć wieś w bezpiecznym kręgu.
Na Białorusi istniał też wariant, w którym pług prowadził jedynak, jadący na ogierze nigdy wcześniej nieużytym do pracy. Miało to gwarantować czystość i pierwotną siłę rytuału.
Rytuał oborywania przybierał dwie, skrajnie odmienne formy. Zależało to od tego, czy niebezpieczeństwo dopiero miało nadejść, czy też śmierć już zawitała do osady.
Jeśli ten słowiański rytuał miał charakter profilaktyczny, odbywał się na styku „starej i nowej doby”, zazwyczaj w nocy, w absolutnym, grobowym milczeniu. Uczestnicy nie mogli wydać z siebie ani dźwięku, by nie zdradzić obecności wioski siłom nieczystym. Każde słowo mogło zniszczyć właśnie powstającą magiczną barierę. Używano też wówczas nowej sochy, czyli drewnianego narzędzia rolniczego, stosowanego do orki.
Sytuacja zmieniała się drastycznie, gdy w osadzie panowała już zaraza. Wtedy nasi przodkowie przechodzili do otwartej walki przeciwko zarazie. Jedną z ich personifikacji była Morowa Panna. Aby ją wypędzić poza granice osady, oborywaniu towarzyszył ogłuszający hałas. Kobiety biły w metalowe garnki, dzwoniły dzwonkami, wykrzykiwały przekleństwa i śpiewały najbardziej nieobyczajne, skandaliczne piosenki, jakie znały.
Ten rytualny chaos miał na celu ośmieszenie i wystraszenie demona, czyniąc wieś miejscem, w którym śmierć nie chce przebywać.
Choć oborywanie kojarzy się głównie z mrokiem i desperacją, Słowianie znali też jasną stronę magii rolniczej. Stanowiło ono przeciwwagę dla obrzędów takich jak splatanie obżynka, które były przykładem pozytywnej magii agrarnej.
O ile oborywanie miało odgrodzić wieś od zła, o tyle obrzędy dożynkowe miały na celu zaproszenie pomyślności i podziękowanie za urodzaj. W obu przypadkach jednak ziemia była fundamentem wszystkiego. Raz działała jako tarcza, innym razem jako żywicielka.
Rytuał oborywania był również obwarowany surowym tabu społecznym. Udział mężczyzn w wariantach kobiecych był całkowicie zakazany. Gdyby jakikolwiek mężczyzna został przyłapany na podglądaniu nagich oraczek, musiał liczyć się z bezlitosnym pobiciem, a nawet rytualnym linczem. W tym czasie kobiety nie były już sąsiadkami czy matkami. Stawały się ucieleśnieniem sił wyższych, działającymi w imieniu całej wspólnoty.
Można by się tu dopatrywać analogii do Mokoszy jako Matki Ziemi Wilgotnej. To właśnie ta słowiańska bogini była personifikacją życia oraz żyznej gleby, która daje początek istnieniu.
Oborywanie to dowód na to, że dla naszych przodków granica osady była swoistą linią frontu. Bruzda wyryta w ziemi przez bliźnięta lub nagie wdowy nie była tylko śladem pługa. To była święta granica, która dawała mieszkańcom to, co najcenniejsze: bezpieczeństwo i nadzieję, że mrok nocy nie zdoła wedrzeć się do ich domostw.
Ślady tego myślenia przetrwały wieki, a pamięć o magicznej mocy koła i kręgu do dziś pobrzmiewa w naszych legendach i podaniach o zakładaniu najstarszych miast oraz grodów.
Dla dociekliwych (źródła):