KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Kiedy średniowieczni kronikarze z Bliskiego Wschodu obserwowali dawnych Słowian, nie widzieli zawsze ociekających krwią posągów ani wielogłowych bestii. Byli za to świadkami niezwykle prostego, wzniosłego rytuału na otwartym polu, w którym zawierał się światopogląd naszych przodków.
Mitologia Słowian to nie tylko historia wojen i podbojów. To także proza życia codziennego. Doskonale ukazuje to rytuał prosa, o których pisali arabscy i perscy podróżnicy.
Z arabskich i perskich kronik podróżników, w tym Ibn Rustaha i Al-Gardiziego (IX–XI w.), wyłania się obraz religii słowiańskiej, która ma wybitnie rolniczy charakter. Obserwatorzy ci zanotowali, że w kluczowym momencie żniw Słowianie nakładali świeżo zebrane ziarna prosa do drewnianego czerpaka lub na łyżkę, wznosili naczynie wysoko ku niebu i odmawiali modlitwę:
„O Panie, który dajesz nam pokarm, daj nam go [teraz] w pełnej mierze”.
Wybór zboża nie był tu przypadkowy. Proso stanowiło dla dawnych Słowian najstarszą i podstawową uprawę, co do dziś poświadcza bogata prasłowiańska terminologia rolnicza. Ten odprawiany pod gołym niebem, otwarty obrzęd dowodzi silnego henoteizmu kultowego.
Rolnicy, prosząc o życiodajną moc plonów, omijali zamknięte świątynie i zwracali się bezpośrednio do najwyższego Boga-Dawcy. Nie był to tylko bóg jednego aspektu: było to bóstwo o wielu różnych funkcjach.
Aby zrozumieć, kogo dokładnie mieli na myśli rolnicy wznoszący proso, musimy cofnąć się do połowy VI wieku. Wtedy to bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei spisał w swoim dziele Historia wojen najstarszą, bezcenną relację o wierzeniach Słowian z okresu trwania ich ogólnosłowiańskiej wspólnoty.
Prokopiusz wyraźnie zaznaczył, że ludy z północy nie znają ślepego przeznaczenia, lecz wierzą w jednego, nadrzędnego boga, zwanego „twórcą błyskawicy” (astrapes demiourgos), który jest panem całego świata. Oddawano mu cześć, składając w ofierze woły.
„Uważają oni, że jeden tylko bóg, twórca błyskawicy, jest panem całego świata, i składają mu w ofierze woły i wszystkie inne zwierzęta ofiarne. O przeznaczeniu nic nie wiedzą ani nie przyznają mu żadnej roli w życiu ludzkim, lecz kiedy śmierć zajrzy im w oczy, czy to w chorobie, czy na wojnie, ślubują wówczas, że jeśli jej unikną, złożą bogu natychmiast ofiarę w zamian za ocalone życie, a uniknąwszy, składają ją, jak przyobiecali, i są przekonani, że kupili sobie ocalenie za tę właśnie ofiarę”
– pisał Prokopiusz.
Choć grecki dziejopis nie zanotował słowiańskiego imienia, obecnie przyjmuje się, że za tym opisem stał Perun Gromowładny. Na gruncie prasłowiańskim jego teonim ukształtował się od rdzenia per- („bić, uderzać”), czyniąc z niego „Tego, który uderza”. Model ten, w którym jeden bóg stoi na czele, podczas gdy pomniejszym bóstwom czy duchom oddaje się cześć jako aspektom najwyższego suwerena, określa się w nauce mianem henoteizmu.
Prawdziwy władca słowiańskich niebios. W kogo wierzyli nasi przodkowie?
Kluczem do zrozumienia słowiańskiej teologii dziękczynienia jest etymologia samego słowa „Bóg”.
W prasłowiańskim ujęciu (od praindoeuropejskiego rdzenia *bhaga-) słowo to wcale nie oznaczało transcendentnego stwórcy (łacińskiego deus), lecz „udział, doli, majątek, szczęście” oraz samego dawcę tych materialnych darów. Ślady tego pierwotnego znaczenia przetrwały w dzisiejszym języku w słowach takich jak bogaty (posiadający udział) czy ubogi (pozbawiony majątku).
Ponieważ w surowym klimacie to słońce było gwarantem plonów i ciepła, zidentyfikowano je z tarczą słoneczną i obdarzono imieniem Dadźbóg (Daž’bogъ), co składa się z rozkaźnika „daj!” i członu „bogactwo”, oznaczając dosłownie „Dawcę bogactwa”. Wskutek ciągłego, wielowiekowego powtarzania inwokacji i błagań do „Dawcy dostatku”, drugi człon tego złożenia ostatecznie się usamoistnił, zyskując boskie znaczenie, które znamy do dziś.
Więcej o samym Dadźbogu przeczytasz tutaj:
Zarówno prośby o plony do władcy niebios, jak i pojęcie bóstwa jako dawcy obfitości zakorzeniły się tak głęboko, że przetrwały chrystianizację, ewoluując w obrzędy ludowe.
Najsłynniejszym echem tej tradycji była jesienna wróżba na pogańskiej Rugii. Jak zanotował duński kronikarz Sakso Gramatyk, w świątyni Świętowita w Arkonie kapłan chował się za gigantycznym miodowym kołaczem. Gdy zebrany lud potwierdzał, że wciąż go widzi, kapłan życzył, aby za rok plon był tak potężny, by ciasto całkowicie zasłoniło jego sylwetkę.
Ten sam, zlaicyzowany obrzęd przetrwał w wiejskim folklorze na Ukrainie, Białorusi, w Bułgarii i Bośni, gdzie głowy rodzin wypowiadały identyczne kwestie zza dożynkowego chleba. Pradawna teologia obfitości trwała również pod postacią tzw. brody Wołosa. Był to ostatni pęk pęku nieżętego zboża, który zostawiano na skraju pola jako ofiarę dziękczynną dla duchów opiekuńczych.
Dla dociekliwych (źródła):