KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
Gdy ogniska kupalne zamieniały się w szary popiół, a zmęczeni całonocnym tańcem i poszukiwaniem kwiatu paproci Słowianie odmawiali ułożenia się do snu, nad rzekami zapadała gęsta, pełna napięcia cisza. Dla naszych przodków pójście spać przed godziną piątą rano w czasie letniego przesilenia nie oznaczało zwykłego fizycznego zmęczenia.
To była kapitulacja i dobrowolne oddanie swojego dorocznego losu w ręce licha. Wszyscy, od małych dzieci po podpierających się kosturami starców, stali w bezruchu z twarzami wzniesionymi ku wschodowi. Czekali na moment, w którym słońce zacznie „grać”.
Mówiąc o Nocy Kupały często skupiamy się na skokach przez ogień, żywej muzyce, poszukiwaniu kwiatu paproci czy splataniu rzecznych wianków. Oczywiście wszystkie te rytuały i obrzędy miały swoje znaczenie. Więcej pisałem o nich w poniższych opracowaniach:
Gdy niewinny wianek decydował o losie. Czym była Noc Kupały dla Słowian?
Noc Kupały – komu Słowianie palili ogniska? Święty ogień naszych przodków
Jednak w mitologii Słowian kluczowa była także nie tylko sama Noc Kupały, ale również poranek po niej. To o brzasku bowiem dochodziło do cudu.
Sen w tę jedną noc był objęty surowym tabu. Przespanie wschodu słońca traktowano jako symboliczne wpuszczenie do chaty demonów chorób, marazmu i biedy. Kto zamknął oczy, zanim pierwsze rany świtu dotknęły wierzchołków dębów, ten bezpowrotnie „przesypiał swoją Dolę”, czyli słowiańskie uosobienie osobistego szczęścia.
Słowianie nie czekali jednak po prostu na rozpoczęcie kolejnego, najdłuższego dnia w kalendarzu. Czekali na trwający kilka sekund spektakl optyczny, który w ich wizji Kosmosu stanowił ostateczny, namacalny dowód na istnienie wyższego, boskiego porządku.
Według przekazów zachowanych w polskiej oraz wschodniosłowiańskiej etnografii, słońce wznoszące się nad horyzontem po kupalnocki miało zachowywać się w sposób przeczący wszelkim prawom natury. Słońce nie wschodziło tak po prostu.
Słońce grało, tańczyło i kąpało się w wodzie tak samo, jak jeszcze przed chwilą czynili to nasi słowiańscy przodkowie.
W ludowych opowieściach tarcza słoneczna w ułamku sekundy po oderwaniu się od horyzontu zaczynała gwałtownie drgać, wirować wokół własnej osi, podskakiwać do góry i opadać, a przede wszystkim: gwałtownie zmieniać barwy. Miała mienić się naprzemiennie błękitem, głęboką zielenią oraz krwistą, miedzianą czerwienią. Ludzie wpatrywali się w ten punkt z natężeniem i nabożną czcią, aż wracali do domostw z opuchniętymi, załzawionymi oczami, a gdzieniegdzie wręcz z trwałymi uszkodzeniami wzroku.
Męczący ból i powidoki tańczące pod powiekami uważano za fizyczny dotyk bóstwa.
W przedchrześcijańskim panteonie Słowian pieczę nad niebiańskim żywiołem ognia sprawował Swaróg. To jemu, jako boskiemu kowalowi, przypisywano wykucie tarczy słonecznej. Jego synem-dziełem miał być Dadźbóg, czyli słowiański bóg słońca.
Więcej o Dadźbogu możesz przeczytać tutaj:
Dla słowiańskiego rolnika drgająca o świcie kula była corocznym, bezpośrednim objawieniem się Swaroga w pełnej chwale.
Współczesna fizyka i optyka odzierają ten słowiański cud z teologii, dając mu jednak niesamowite naukowe objaśnienie. To, co nasi przodkowie brali za taniec boga, było iluzją optyczną wywołaną zderzeniem dwóch zjawisk: gęstej, nasyconej nocną wilgocią porannej mgły unoszącej się nad rzekami (która w świetle wschodu działała jak gigantyczny, naturalny pryzmat rozszczepiający światło na barwy składowe) oraz fizjologii ludzkiego organizmu.
Długotrwałe wpatrywanie się w jaskrawy punkt na horyzoncie wywołuje mimowolne, gwałtowne mikroskoki gałki ocznej (sakkady) oraz przeciążenie fotoreceptorów siatkówki. Ludzki mózg „generował” wówczas projekcję pulsującej, mieniącej się błękitem i fioletem kuli.
Słowianie uświęcili biologiczny defekt własnego oka, zamieniając go w dogmat wiary.
Z perspektywy społeczności słowiańskiej stawka tego poranka była zbyt wysoka, by zaryzykować drzemkę. Obserwacja grającego słońca nie była aktem biernej kontemplacji. Kto dojrzał zielony lub niebieski refleks na tarczy, ten nasycał swoją Dolę. Tym samym uzyskiwał roczną gwarancję, że jego plony nie zgniją od deszczu, krowy nie stracą mleka, a on sam nie zapadnie na suchoty.
Gdy po kilkunastu sekundach tarcza nieruchomiała i stawała się oślepiającą biało-żółtą kulą, mistyczne napięcie opadało. W osadach uderzano w gliniane naczynia, dzwoniono dzwonkami i podnoszono wrzawę, by ostatecznie przepędzić resztki nocy, po czym skrajnie wyczerpani ludzie wreszcie rozchodzili się do chat.
Kupalnocka dobiegała końca, a słońce rozpoczynało swoją powolną drogę ku zimie.