KUP TERAZ
Nazywam się Adrian i od lat tropię ślady dawnych wierzeń Słowian. W moich tekstach nie znajdziesz wyssanych z palca legend – każdą opowieść buduję na fundamencie prac prof. Aleksandra Gieysztora i innych wybitnych badaczy. Moją misją jest pokazanie Ci naszych korzeni w sposób rzetelny i wolny od przekłamań.
Tę samą pasję do tworzenia przelewam na karty moich książek. W Legendach Polskich dokonuję re-tellingu podań, którymi zaczytywaliśmy się do snu. Z kolei w Opowieściach Ku – moim ukochanym dziele – zapraszam Cię do onirycznego świata baśni i mitologii, gdzie magia jest ważniejsza niźli ludzka logika.
W słowiańskiej kosmologii świat żywych był cienką granicą rozpostartą między dwoma potężnymi krainami. Podczas gdy mityczny, podniebny Wyraj był królestwem Peruna, skąd dusze wracały na wiosnę wraz z ptakami takimi jak bocian, u samych korzeni Drzewa Kosmicznego znajdowała się dolna, podziemna sfera zmarłych.
Nawia, bo o niej mowa, to kraina daleka od Perunowego ognia. To tam wędrowały dusze ludzkie na swój swój ostateczny wieczny odpoczynek pod czujnym okiem Pana Podziemi.
Wizje wyglądu Nawii, jakie zachowały się w pamięci naszych przodków, na pierwszy rzut oka mogą wydawać się sprzeczne. Z jednej strony opisywano ją jako archaiczną, ponurą pustkę: miejsce chłodne, ciemne i bezsłoneczne, w którym zmarłym brakuje podstawowego pożywienia oraz napoju.
Z drugiej strony, w słowiańskim sercu mocno tkwił obraz Nawii jako rozległej, wiecznie zielonej równiny lub łąki. Ta zieleń nie oznaczała jednak tętniącej życiem przyrody, którą znamy z ziemi. Była symbolem prakosmicznego bezczasu, sferą, w której zatrzymały się wszelkie zegary wszechświata.
W samym sercu tej krainy, na bagnistym i wilgotnym obszarze tuż u korzeni Kosmicznego Drzewa, wznosił się złoty tron. To na nim zasiadał władca podziemi, bóg magii, przysiąg i bogactwa Weles. Więcej o Bogu Bydlęcym dowiesz się z tego artykułu:
Pasterz dusz na zielonych łąkach. Dlaczego słowiańskiego Welesa zamieniono w diabła?
Która wizja jest bliższa prawdy? Ciężko określić. Osobiście mocniej przemawia do mnie wizja Nawii jako wiecznie zielonych równin, gdzie ziemska dusza ludzka odpoczywa. Idealnie to wpasowuje się w dualny wizerunek Welesa. Byłby on zarówno Bogiem Bydlęcym w postaci patrona dobrobytu, jak i pasterza ludzkich dusz.
Ostateczną decyzję jednak, która wizja jest bliższa Twemu sercu, zostawiam Tobie.
Droga do słowiańskich zaświatów była daleka, żmudna i pełna niebezpieczeństw. Słowianie wierzyli, że pośmiertna wędrówka duszy mogła trwać nawet czterdzieści dni. Zmarli docierali do granic Nawii dwiema ścieżkami:
Drogą wodną – stąd w dawnych pochówkach słowiańskich tak często pojawiały się fizyczne łodzie lub ich symboliczne elementy.
Drogą powietrzną – dusze przybierały postać ptaków i podążały świetlistym szlakiem Drogi Mlecznej.
Nawia była odcięta od świata żywych szerokimi, nieprzestraszonymi wodami. Często było to albo mityczne morze, albo szeroka rzeka, która zdawała się nie mieć końca. Ślad tego przekonania przetrwał w starym czeskim powiedzeniu „do Welesa za morze”, które oznaczało po prostu czyjąś śmierć.
Często wspominano również o „rzece zapomnienia” (zabyt’ reka). Każdy, kto przekroczył jej nurt i skosztował wody, natychmiast wymazywał ze swojej pamięci całe dotychczasowe życie doczesne.
Samo wejście do podziemi było zamknięte potężną bramą i pilnie strzeżone. Żyjący członkowie rodu, chcąc ulokować zmarłego w bezpiecznym miejscu, odprawiali specjalne rytuały. Budowali nad wodami symboliczne, fizyczne kładki „zaduszne”, a podczas obrzędów pogrzebowych przygotowywali tak zwane mosty z ciasta, mające ułatwić bliskim magiczne przejście na drugą stronę.
W Nawii Weles nie był tyranem. Pełnił funkcję czułego, choć surowego pasterza. W mitologii Słowian odgrywał rolę tzw. psychopomposa. Co to znaczy w praktyce? Pan Tajemnic przyjmował dusze zmarłych i wyprowadzał je na podziemne lub niebiańskie stepy, gdzie ludzie przybierali zoomorficzną formę bydła, którego bóg tak pilnie strzegł.
Według niektórych wierzeń, u samego dołu kosmicznej struktury, bezpośrednio na korzeniach Kosmicznego Drzewa, spoczywał strażnik Nawii, czyli Żmij. Tutaj jednak pozwolę sobie na pewne zróżnicowanie wierzeń Słowian pomiędzy wschodem, a zachodem.
Więcej o żmijach i smokach dowiesz się z poniższego opracowania:
Jeden wypijał rzeki, drugi uwodził kobiety. Żmij a smok w mitologii Słowian
Mieszkańcami Nawii byli przede wszystkim przodkowie, szanowani dziadowie, którzy zza grobu wciąż potrafili wspierać swoją dawną rodzinę. Jednak w tych samych mrocznych trawach kryły się istoty skrajnie drapieżne i wrogie człowiekowi, czyli nawki.
Powstawały one z dusz ludzi, którzy zmarli nagłą, tragiczną śmiercią, zostali zamordowani lub których ród nie pochował zgodnie z tradycyjnym obyczajem. Nawki, pozbawione dostępu do spokoju Welesowego królestwa, szalały z zazdrości wobec żyjących i nieustannie próbowały uprzykrzyć im egzystencję.
O nawkach pisałem w tym opracowaniu:
Hakami wyrywały duszę z ciała. Tak Słowianie opisywali ślepe boginki śmierci
Z biegiem stuleci i pod wpływem postępującej chrystianizacji, pierwotny obraz Nawii uległ drastycznemu wypaczeniu. Choć u dawnych Słowian kraina ta w żaden sposób nie wiązała się z pośmiertną karą za grzechy czy moralnym potępieniem, nowa wiara zaczęła brutalnie utożsamiać ją z chrześcijańskim piekłem. Dawne, zielone i spokojne pastwisko Welesa w ludowych opowieściach powoli zamieniało się w ponury, pełen cierpienia dół, z którego uleciała cała pierwotna, kosmiczna harmonia.
Czyli jak to często bywa: pierwotna wiara naszych przodków została całkowicie wypaczona.
Dla dociekliwych (źródła):